Żyjmy dłużej, 3/2007; 54-55

Galeria osobliwości

Odrażający, potworni, wielcy. Od wieków ludzie urodzeni z fizycznymi ułomnościami lub zmienieni przez rzadkie choroby budzili zarazem grozę i fascynację. Często wrażliwi i utalentowani skazani byli zazwyczaj na rolę eksponatów w cyrkach i gabinetach osobliwości.
Wyglądał tak przerażająco, że - jak pisali lekarze - kobiety i osoby o słabych nerwach na jego widok uciekały z krzykiem. Mowa o chyba najbardziej zmienionej przez chorobę osobie na ziemi.

Życie i śmierć człowieka-słonia
Joseph Merrick urodził się 147 lat temu w Anglii. Najbliższa rodzina porzuciła 11-letniego chłopca, gdy tajemnicza choroba zmieniła jego twarz w przypominającą słoniową głowę straszliwą maskę, deformując też ciało. Na szczęście przygarnął go wuj i otoczył opieką. Gdy dorósł, próbował zająć się handlem ulicznym, ale dzieciaki z okolicy notorycznie znęcały się nad odmieńcem. Wylądował więc w objazdowym cyrku „dziwów natury", mając nadzieję na godziwe zarobki. Niestety, po powrocie z tournée po Europie znalazł się bez środków do życia i dachu nad głową. Kiedy więc pewnego dnia policja uratowała go z rąk wrzeszczącego tłumu, odstawiono go do szpitala doktora Fredericka Trevesa, którego poznał już wcześniej. To zdarzenie odmieniło jego życie. Inteligentny i wrażliwy Merrick znalazł swoją przystań.
Doktor ofiarował mu pokój wypełniony książkami i obrazami, gdzie jego podopieczny zajmował się pisaniem wierszy i czytaniem. Przyjmował także znanych gości, stał się bowiem popularny w londyńskim towarzystwie. Długie i spokojne życie nie było jednak pisane Merrickowi. Lekarze nie potrafili mu pomóc, ani nawet poprawnie zdiagnozować choroby, która tak potwornie zdeformowała jego oblicze i w końcu spowodowała jego śmierć. Zmarł mając 29 lat. Historię życia Josepha Merricka przedstawił w filmie „Człowiek słoń" David Lynch.

Kudłaty wybryk natury
W czasach, gdy nie było nie tylko chirurgii plastycznej, ale nawet zwykłych golarek i depilatorów, nadmierne owłosienie czyniło z ludzi budzące strach i niezdrową ciekawość dziwolągi i straszydła. Często takie osoby zyskiwały sławę i zarabiały duże pieniądze w objazdowych cyrkach czy teatrzykach osobliwości. Pełno w nich było kobiet z brodą, ludzi-niedźwiedzi albo wilków czy kobiet-małp.

Za ich wygląd odpowiedzialna była choroba zwana hipertrochyzą, czyli zespół nadmiernego owłosienia. To schorzenie o podłożu genetycznym jest dziedziczne, więc mogą istnieć całe rodziny nią dotknięte. I rzeczywiście tak jest. W Meksyku żyje rodzina Gomezów, gdzie hipertrychoza dotknęła już szóste pokolenie z kolei. Z 32 krewnych połowa ma problem z nadmiernym owłosieniem. Zdaniem naukowców to schorzenie powoduje „uśpiony" zwykle gen, pochodzący z czasów, gdy nasi przodkowie mieli gęste futra. W hipertrychozie owłosienie obejmuje całe ciało, łącznie z nosem, wargami i uszami; wolne są zwykle tylko wnętrza dłoni i podeszwy stóp.

Człowiek o lwiej twarzy
Jedną z najbardziej znanych włochatych gwiazd teatrów osobliwości był urodzony w 1890 roku w Polsce Stefan Bibrowski. Używał pseudonimu „Lionel", bo jego całkowicie zarośnięte oblicze przypominało lwa.

Bibrowski zdobył sławę występując w Europie i Ameryce w głośnym cyrku Barnuma. Budził zrozumiałą ciekawość, gdyż pod powierzchownością kudłatej bestii krył się normalny człowiek. Można nawet powiedzieć, że przewyższający innych kulturą i inteligencją. Zawsze znakomicie ubrany, uprzejmy, znał podobno 5 języków. Czy tacy jak on budzili trwogę i podziw, bo byli prawie tacy sami jak inni, ale jednak różni? Bo pokazywali cienką granicę między tym, co ludzkie a nie-ludzkie? Między człowiekiem a zwierzęciem? Między tym, co normalne a potworne? Prawdopodobnie tak.

Potwierdza to historia Julii Pastrany, żyjącej około połowy XIX wieku kobiety, która dzięki swojemu bujnemu owłosieniu przypominała małpę. Ubierano ją zwykle w eleganckie suknie, modnie czesano. Była inteligentna, znała języki, co wzbogacało show, w którym przychodziło jej uczestniczyć. „W czasie pokazów Julia śpiewała angielskie i hiszpańskie piosenki, tańczyła, a po pokazie konwersowała z publicznością, której nie tylko wolno było zadawać jej pytania, ale i dotknąć bujnej brody lub pogładzić po owłosionych policzkach." Wiodła życie obiektu z muzeum osobliwości, oswojonej inności i potworności, którą można poklepać po policzku, żeby utwierdzić się w przekonaniu o swojej wspaniałej normalności.

Najwspanialsza pomyłka natury
Do roli obiektu z teatru osobliwości nigdy nie pozwolił się przypisać Johnny Eckhardt, znany jako Johnny Eck. „O Boże, on jest jak złamana lalka" - krzyknęła położna, gdy zobaczyła młodszego z bliźniaków, którzy urodzili się w 1911 roku w Baltimore. Jego kilka minut starszy brat był zdrowy, natomiast Johnny kończył się tam, gdzie powinny się znajdować się jego biodra. Ale „jedyny żyjący pół-chłopiec" nigdy nie czuł się skrzywdzonym dzieckiem czy potwornym wybrykiem natury. Nawet mu się o tym nie śniło. Wręcz przeciwnie, za młodu to on był prowodyrem i inicjatorem wszystkich psot i zabaw, które urządzali z bratem. Jego 46 centymetrów wzrostu i poruszanie się na rękach nigdy nie przeszkodziło mu żyć pełnią życia i realizować swoje marzenia. Był artystą cyrkowym, dyrygentem, muzykiem (grał na trąbce), pływakiem, fotografem, iluzjonistą, operatorem kamery, wizażystą, kierowcą wyścigowym, podróżnikiem i - z miłości do kolei - konduktorem. Nazywano go człowiekiem Renesansu. Wystąpił nawet w dwóch filmach. Nigdy nie czuł się kaleką czy „połówką". Żartował, że jest człowiekiem, który nie musi prasować spodni.

Aby wyrwać się z zaklętego kręgu „dziwolągów" i żyć w miarę normalnie, trzeba było dysponować niezwykłą osobowością i siłą woli. Johnny Eck był właśnie takim człowiekiem. Przeżył prawie 80 lat, dokonując więcej niż niejeden „normalny" człowiek. Pisano o nim, że jest „najwspanialszą pomyłką natury" - dziwolągiem, który okazał się bardziej ludzki, szczęśliwy i spełniony od wielu tak zwanych normalnych.

« poprzednia 1 2 3 następna »



Dodaj komentarz

(nie zostanie wyświetlone, tylko do wiadomości redakcji)